Czwartek, 22 Sierpnia 2019 - Cezarego, Tymoteusza

Henryka Krzywonos-Strycharska: 'Jestem tą samą babą co przed laty'.

Z Henryką Krzywonos-Strycharską, mieszkanką Glincza, od kilku dni oficjalnie posłanką na Sejm, rozmawiamy o jej życiu – kolejach losu, doświadczeniach, radościach i smutkach.

  Jak wyglądało Pani dzieciństwo?
 Akurat dzieciństwem nie mogę się szczycić, bo było smutne. Było nas w domu czworo rodzeństwa, rodzice byli alkoholikami. Gdy byłam małym dzieckiem, ojciec oddał mnie i brata do domu dziecka. Po krótkim pobycie, wróciłam do domu. Po raz drugi trafiłam do domu dziecka jako 13-letnia dziewczynka, tym razem na dłużej, do pełnoletności. W domu rodzinnym nie byłam dzieckiem kochanym, takim co się chwali i głaszcze po głowie, a raczej wprost przeciwnie. Dzieci lało się bez opamiętania tylko dlatego, że poprosiło o nowy zeszyt, bo stary był zapełniony. Często też bywałam głodna. Myślę, że właśnie z dzieciństwa bierze się ta moja empatia do ludzi. To już nawyk, żeby patrzeć nie tylko na swoje podwórko, ale też na sąsiedni ogródek. I nie po to, żeby o sąsiadach plotkować, czy patrzeć co i jak im w tym ogródku rośnie, ale żeby mieć kontrolę, czy nie dzieje się tam nic złego, czy nie potrzebują pomocy.

 Nigdy nie zadała Pani pytania rodzicom: „Dlaczego?” 
Ja wiedziałam dlaczego, a przynajmniej w późniejszym wieku to zrozumiałam. Dziś nie mogłabym powiedzieć, że mój ojciec to był tylko pijak. To kim się stał było efektem jego spapranej przeżyciami wojennymi psychiki. Przeszedł pobyt w Dachau, a potem w Oświęcimiu. Poza różnymi zachowaniami, wynikającymi z nadużywania alkoholu, miał złote ręce do roboty. Wszystko umiał zrobić, naprawić, ale rzadko z tego korzystał. Nie był to człowiek stworzony do życia w rodzinie, nikt go tego nie nauczył. Natomiast mama początkowo dawała sobie radę, robiła za siebie i za niego, ale życie z takim człowiekiem nie było łatwe. Nadszedł moment, gdy zobojętniała na wszystko, nawet na to, że ma dzieci. Po śmierci ojca było jeszcze gorzej, więc trafiliśmy do domu dziecka. 

  Nie miała Pani w tym okresie nikogo, kto by kochał bezwarunkowo, albo autorytetu, na kim można by się wzorować?
Taką osobą była moja babcia. Bardzo ją kochałam, choć do dziś nie wiem, czy i ona mnie kochała. Myślę, że tak, choć nigdy tego od niej nie usłyszałam. Na pewno bardzo kochała mojego brata, okazywała mu to na co dzień. Mimo wszystko, moje złaknione uczucia i dobrych wzorców serce, czerpało z niej jak z otwartej księgi. To była kobieta, która wpoiła mi zasadę, że nigdy nie należy nikomu robić krzywdy, że mam tak postępować, żeby nikt nie musiał przeze mnie płakać. Często też powtarzała, że nigdy nie należy palić za sobą mostów. Wówczas nie bardzo rozumiałam o co jej chodzi. To zrozumienie przyszło z czasem.

 Wychodząc z domu dziecka, rozpoczęła Pani od razu życie na tzw. własny rachunek? 
Niezupełnie. Miałam młodszą o osiem lat siostrę, którą musiałam się zaopiekować i opiekowałam bardzo długo, aż do jej ślubu. Wyznawałam zasadę, pewnie też po babci, że zawsze należy wyżej stawiać dobro drugiego człowieka, nie własne. I tak też żyłam, zawsze dla kogoś. Wyszłam bardzo wcześnie za mąż, ale nie wypaliło. Małżeństwo zakończyło się rozwodem po ośmiu latach. To już był czas „Solidarności”...

 Była Pani słynną motorniczą, pamiętamy. To była pierwsza praca zawodowa?
Tak, podjęłam ją na początku lat 70. Przepracowałam tak ładnych kilka lat, aż do 1981 roku. Później oczywiście był stan wojenny. Dostałam nakaz opuszczania Gdańska i podejmowania pracy w obrębie Gdańska. - Ten rok 1980...

 W jakim momencie życia prywatnego Panią zastał?
Akurat wydałam siostrę za mąż. 1 sierpnia byłam świadkiem na jej ślubie. Pamiętam to dokładnie, bo nagle poczułam się młoda i wolna jak ptak. To w ogóle był taki czas beztroski. Wszyscy chcieliśmy doprowadzić do przełomu, zmienić ten nasz kraj, ale nikt nie myślał o konsekwencjach. Pamiętam jak Ewa Milewicz, dziennikarka Gazety Wyborczej, usiadła na schodach i powiedziała: „Henia, wszyscy macie sankcje prokuratorskie”. Spojrzałam na nią i zapytałam: „A co to jest?”. Przecież ja nigdy nie miałam kontaktu z wymiarem sprawiedliwości, nigdy nic złego nikomu nie zrobiłam, a tu jakieś sankcje? I dopiero wtedy mnie uświadomiono, że jeśli przegramy, to nas wywiozą, postawią przed murem... itd. Dotarło do mnie, że to nie zabawa, że gra toczy się nie tylko o ideały, ale o własne życie. 

  Zatrzymanie tramwaju było niejako zamanifestowaniem poparcia dla strajkujących. Wynikało właśnie z tych ideałów o których Pani wspomniała?
Nie wiem. Nie jestem w stanie określić dziś jasno swoich uczuć i przekonań z tamtej chwili, chyba nigdy nie umiałam tego zrobić. To były inne czasy i ja też byłam inna. Nie zdążyłam dobrze pomyśleć, a już to robiłam. Ot, taki raptus. Po prostu, nagle na pętli przy Operze Bałtyckiej, krzyknęłam do pasażerów: „Ten tramwaj dalej nie pojedzie!”. Myślałam, że dadzą mi po głowie, ale nie, zaczęli bić brawo. W tym jednym, konkretnym przypadku, moja spontaniczna decyzja zapisała się w historii. Dziś wygląda to tak, że najpierw myślę i zanim podejmę jakąś decyzję, muszę ją przetrawić, przespać się z nią.

 Kiedy w Pani życiu pojawił się drugi mężczyzna, obecny mąż? 
Krzysia poznałam 14 lipca 1987 roku. Po trzech miesiącach byliśmy już małżeństwem. Minęło już 28 lat... 

  Ślub po trzech miesiącach znajomości...? Nie bała się Pani, że może to być kolejny niewypał? 
Absolutnie o tym nie myślałam. Jak wspomniałam, byłam wówczas szybka w podejmowaniu decyzji. Poza tym, czy ktoś w takich sytuacjach myśli racjonalnie? To było jak strzała amora, nie mogliśmy bez siebie żyć, więc szybka decyzja o ślubie była dla nas oczywista. 

  Nie mogła mieć Pani własnych dzieci... 
Jak to, przecież mam ich dwanaścioro! Bardziej własnych i kochanych chyba mieć nie można. Owszem, nie urodziłam ich, ale wybraliśmy je z mężem i wychowaliśmy. Pierwszą córeczkę, Agnieszkę, adoptowaliśmy niecały rok po ślubie, w 1988 roku i tak się posypało, aż do dwunastki. 

  Jaką była Pani matką? 
Na pewno nadgorliwą. To pewnie też wypływało z przekonania, że żyję dla kogoś, czyli w tym wypadku, dla nich. Każdy kto mnie znał w tamtych latach pewnie pamięta, że moje dzieci zawsze chodziły zimą w nowych ubraniach i butach, podczas kiedy ja w znoszonych tenisówkach. To były czasy, kiedy w domu się nie przelewało. Niby byłam tą „wielką panią dyrektor” rodzinnego domu dziecka”, jak o mnie mówiono, ale nikt już nie dodawał, że gdy dzieciom brakowało na cokolwiek, ta pani dyrektor zakasała rękawy i pędziła do pracy. Albo, że brała się za każdą robotę, na której można było parę dodatkowych groszy zarobić. 

 Skąd brała Pani na to siły? Wychować taką gromadkę, to już nie przelewki. 
To prawda, ale jak dwoje ludzi się kocha, to są w stanie góry przenosić. Dla nas: miłość, szacunek, zaufanie, to nie są utarte slogany, to podstawa, na której mocno opiera się nasze małżeństwo. Zawsze możemy na siebie liczyć. Jak mam doła, to Krzysiu dodaje mi wiary w siebie i na odwrót. Mój mąż jest ode mnie o 11 lat młodszy. Bardzo wcześnie musiał dojrzeć do ojcostwa. I te nasze dzieci, to w dużej mierze jego sukces. Wszystkie noszą jego nazwisko i to do niego pierwszego powiedziały „tato”. Jeśli chodzi o kwestię dzieci, to mąż był zawsze tym bardziej rozsądnym. Ja po prostu ich bezwarunkowo chciałam, a Krzysiu w pewnym momencie powiedział „stop”. Uważał, że dzieci to nie są piłeczki pingpongowe, które dziś bierzemy, a jutro możemy oddać. Byłam jednak uparta i postawiłam na swoim. Dziś żadne z nas tej decyzji nie żałuje i jesteśmy z naszej gromadki dumni. Są już dorośli, mają swoje życie, ale mama i tata są dla nich niezmiennie najważniejsi. Nie mogę się spokojnie spotkać z jednym, bo zaraz drugie jest zazdrosne i pyta dlaczego to do niego nie przyjechałam. I tak to wygląda. 

 Teraz została Pani posłanką...
Od 1980 roku wciąż jestem tą samą kobietą, nic się nie zmieniłam. Działałam na miarę swoich możliwości, często korzystając z uprzejmości innych ludzi, którzy mi to umożliwiali. Niestety, nie miałam na nic wpływu, o niczym nie mogłam decydować, ani współdecydować. Teraz to się zmieni. W Sejmie będę miała prawo głosu, będę mogła głośno wypowiedzieć swoje opinie i mieć wpływ na ustawodawstwo w zakresie polityki społecznej, a na tym najbardziej mi zależało.

 Oj, chyba jednak nieco się Pani zmieniła. Mam tu na myśli sylwetkę, wygląd... 
Tak, to, że schudłam, a potem zrobiłam się na blond, to jedyna zmiana, ale wizerunkowa. Wewnątrz pozostałam tą samą babą co przed laty. 

 Kobieta z krwi i kości, jak to mówią? 
Jak najbardziej!

Rozmawiała Lucyna Puzdrowska
2015-11-07 11:00 1505

Komentarze

Ten materiał nie ma jeszcze komentarzy

Dodaj komentarz

Twój mail będzie nie widoczny.