Poniedziałek, 23 Października 2017 - Marleny, Seweryna, Igi

"Kaszuby smakują mi coraz bardziej" - rozmowa z Romą J. Fiszer, autorką książki "Kilka godzin do szczęścia"

Pisarka opowiedziała nam o początkach swojej artystycznej drogi, wydanej niedawno powieści, miłości do Parchowa oraz wypadku samochodowym, który zmienił jej życie. Zapraszamy do lektury!

Zacznijmy od tego, że tytułuje się Pani mianem "Kaszubki z wyboru". Skąd taka miłość do tego regionu Polski i co jest w nim takiego fascynującego dla kobiety z Poznania?

 

Być może popełniłam pewne nadużycie, mówiąc o sobie „Kaszubka z wyboru”, ale z drugiej strony jak inaczej mogę powiedzieć o sobie, jeśli czterdzieści sześć lat temu, mając alternatywę wielu innych miejsc pracy, wybrałam Gdynię? Znałam ją z wielu książek i zawsze mnie fascynowała. Zamieszkać w niej, pracować - to było niegdyś moje skryte marzenie. Nazywałam ją, w ślad za bohaterami przeczytanych książek, oknem na świat. W mojej powieści mówi tak również Eliza, najmłodsza bohaterka powieści. Pierwsze spotkanie z Gdynią miało miejsce wieczorem. Zdyszany pociąg, a potem spacer, widok świateł portu i ten specyficzny zapach powietrza... inny niż poznański. Przeżyłam zauroczenie. Byłam szczęśliwa, że tak wybrałam, że spełniło się marzenie. Szybko polubiłam pracę. Powoli poznawałam okolice Gdyni, a pierwsze kaszubskie wakacje miały miejsce nad Mauszem. Wybrzeże kaszubskie zaczęłam poznawać już w 1970 roku, potem posuwałam się coraz bardziej w głąb lądu. Po latach, kiedy w naszej rodzinie pojawił się pierwszy samochód, wojaże po Kaszubach stały się coraz częstsze i dalsze. Jeszcze wiele miejsc czeka na moje odkrycie, ale mogę powiedzieć, że jestem u siebie, że znam ten region jak żaden inny. Kaszuby przyjęły mnie bez warunków wstępnych, a ja staram się tylko odwzajemnić.

 

Które miejsce na Kaszubach uważa Pani za swoje ulubione, do którego mogłaby Pani wracać bez końca?

 

Takich ulubionych miejsc jest wiele i to z różnych stronach Kaszub. Im dłużej tu mieszkam, tym bardziej ten region Polski mi smakuję, a lista ulubionych miejsc się wydłuża. Jednak tymi miejscami najbliższym sercu są Parchowo i Jezioro Mausz. Przypadkiem, prawie sam środek Kaszub. Pierwszy raz pojawiłam się tam latem 1972 roku i tak mi się spodobało, że spędziłam tam jeszcze kilka, już małżeńskich, letnich urlopów. Od 1981 roku, dzięki teściom, mamy w Parchowie swoje ukochane letnisko. To właśnie do tej miejscowości przyjeżdżają bohaterki mojej książki - trzy kobiety z Poznania. Tajemnica zawarta w listach sprawia jednak, że muszą zostać w niej przez całe lato. Właśnie tu. Nie mogło stać się inaczej!

 

Parchowo to Pani coroczny wakacyjny wybór?

 

Tak i to bezwarunkowo! Teraz jestem już na emeryturze, więc będę mogła dłużej pobyć nad Mauszem i spotykać się z parchowskimi przyjaciółmi. Z utęsknieniem czekamy na pierwsze oznaki wiosny żeby, jak te bociany z prologu, wrócić do naszej „świątyni dumania”.

 

No właśnie, a jak dogaduje się Pani z Kaszubami? Mówi się, że to ludzie o trudnych charakterach. Pracowici, ale też małomówni.

 

Znamy się z wieloma mieszkańcami Parchowa i okolic od wielu lat, z niektórymi już prawie trzydzieści. Początkowo traktowali nas pewnie podobnie jak górale ceprów, ale to się zmieniało. Spotykaliśmy się coraz częściej, więcej też ze sobą rozmawialiśmy, czyniliśmy sobie drobne przysługi. Teraz przyjaźnimy się z wieloma, a przez telefon padają w obie strony słowa: „długo nam za wami”. Mąż częstowany jest tabaką. Wiem, że Kaszubi są bardzo honorowi i na ich szacunek trzeba sobie zasłużyć, i to nie jakimś jednorazowym gestem, ale całym postępowaniem. Nie mogło więc tego typu zdarzeń zabraknąć także w książce. Kaszubi i poznaniacy są chyba do siebie podobni, więc trochę mi to pomogło. Wydaje mi się, że wymyślone przeze mnie postaci Feliksa Kiedrowskiego, Felicji Skierki, czy Stacha Janika mają cechy charakterystyczne dla Kaszubów. Otwierają się mocno, kiedy zaufają nowo poznanej osobie.

 

To skoro mówimy już o książce, muszę zapytać o Pani pisarskie początki. Podobno „Kilka godzin do szczęścia” nie ujrzałoby światła dziennego gdyby nie wypadek samochodowy.

Luty, ciemno, mżawka, śnieg. Odwozimy do córki wnuczkę, a ja zwracam mężowi uwagę, że ciągle spogląda w lusterka. Drażni mnie to. Niedługo powrót w kierunku naszego domu. Rozmawiamy o tym co jutro. Nagle słyszę okrzyk: „Uważaj! Trzymaj się!”. Straszne uderzenie w tył. Wirujemy na jezdni. Wydaje się, że trwa to bez końca. Zatrzymujemy się wreszcie, uderzając raz jeszcze tyłem auta w barierę pomiędzy jezdniami. Cisza. Potem wycie syren, upiorne niebieskie światła. To wszystko do nas. Mąż ze strażakami ustalają, że drzwi po mojej stronie trzeba wyciąć. Tyłu samochodu, włącznie z siedzeniami, nie ma! Samochód do kasacji, ale my żyjemy! Bandyta miał 2,7 promila alkoholu we krwi. Jak dobrze jednak, że mąż cały czas tego wieczoru spoglądał w lusterka, bo to nam ocaliło życie. Może to jego podświadomość, a może to także ręka Boga? Rozmowy, wiele rozmów. Otrzymaliśmy jakiś znak, po coś zostaliśmy ocaleni. Ale po co? Córka, wnuczka, teściowie... Tak, to dla nas, oczywiste! Ale może jeszcze coś innego mamy zrobić w swoim życiu? Długo się zastanawiałam i po ponad roku, za namową córki, zaczęłam pisać.

 

Na jaki odbiór "Kilku godzin do szczęścia" Pani liczy? Mówiąc wprost – będzie hit? Bo czytałem, że w przygotowaniu są kolejne części?

 

Miała to być książka pisana do szuflady – tak początkowo zakładałam. Córka jednak się uparła i starała się moim pisaniem zainteresować wydawnictwa. Chciałam pokazać piękno Kaszub i zwyczaje mieszkających tutaj ludzi. To były główne cele. Całe życie pisałam opracowania techniczne, jako pracownik naukowo-badawczy zajmowałam się radiokomunikacją, a teraz napisałam coś w zupełnie innej kategorii. Potrafię planować, więc w ostatnim czasie zaplanowałam swoje pisanie na wiele lat. Czy będą chętni czy nie, ja dalej będę pisać. Pracuję obecnie nad kontynuacją letniej historii trzech kobiet. Pewnie w bieżącym roku pojawi się na półkach. Mam pomysły na kolejne części, ale czy one ukażą się drukiem zależy wyłącznie od czytelników.

 

Gdyby miała Pani przydzielić książkę "Kilka godzin do szczęścia" do konkretnego gatunku, co by to było? Czy takie zaszufladkowanie jest w ogóle możliwe?

 

To jest mój wielki problem, bo nie potrafię uczynić tego jednoznacznie. Rozwiązywanie tajemnicy z listów Jutki Nagengast, matki Anny, przypomina trochę sensację, a zdarzenia z letniego pobytu kobiet w Parchowie to treści społeczno-obyczajowe. W powieści zawarte jest także wiele wątków sercowych, czyli możemy mówić o romansie. Są zdarzenia z niełatwej historii Kaszubów, znane z książek albo z opowiadań kaszubskich przyjaciół, które chcę przybliżyć szerszemu gronu, w tym zdarzenia z powojennej historii Polski, do których jakiś stosunek muszą mieć choćby główne bohaterki powieści. Dodam jeszcze, że w zupełnie wymyślone wydarzenia wplotłam wątki z historii własnej rodziny, jest tam także wiele o mnie samej. Niektórzy członkowie bliższej i dalszej rodziny zidentyfikowali je i cieszą się, że ktoś także zapozna się z nimi.

 

Do kogo adresowana jest książka "Kilka godzin do szczęścia"? Czy jest to powieść kobieca czy raczej skierowana jest do szerszego grona odbiorców?

 

Początkowo myślałam, że piszę tylko dla kobiet, ale kiedy dowiedziałam się, że mężczyzna w mojej grupie wiekowej wzruszał się i nie mógł oderwać się od książki, a w innym przypadku żona z mężem wyrywają ją sobie, to naprawdę nie wiem co myśleć. Są w powieści fragmenty zawierające wątki historyczne, ale również takie, które można traktować, bez mała, jak przewodnik po Kaszubach. Jest też trochę o technice czy żaglach. Głównymi bohaterkami są dwie kobiety dojrzałe oraz jedna młoda, więc nie da się także określić dla jakiej grupy wiekowej piszę. Niech czyta więc książkę każdy, komu się ona podoba. Jej przeczytanie nikomu krzywdy nie uczyni.

2016-02-17 09:30 2198

Komentarze

~Roma J. Fiszer

Mimo, iż "spotkałyśmy" się już z Panią ~Sławka na moim profilu autorskim: https://www.facebook.com/Roma-J-Fiszer-981153668626599/, chcę i tutaj Jej podziękować za przemiłe słowa. Do wszystkiego co wyżej powiedziałam w wywiadzie chce dodać, że Kaszuby to zbyt poważna sprawa, żeby skończyć na jednej, czy dwóch książkach. Od chwili premiery "KIlka godzin do szczęścia", wydane zostały także kolejne części sagi: "Wzgórze pełne słońca" (październik 2016r.) oraz "Sezon na szczęście" - ta ostatnia swoją premierę miała 27 września 2017r. W tej chwili pracuję nad IV tomem, a potem... będą następne. Co ważne, moje bohaterki bywają w wielu miejscach Kaszub: Parchowo, Kartuzy, Gdynia, Hel, Kościerzyna, Bytów, Łeba, Słupsk, Chojnice, Człuchów, Wejherowo..., itd. Proszę sprawdzić samemu :) Zapraszam Wszystkich Czytelników "Gazety Kartuskiej" na mój profil FB. Pozdrawiam - Roma J. Fiszer

~Sławka

Z przyjemnością przeczytałam wywiad z Panią Romą poczułam że jest mi bardzo blisko do tego co i jak pisze i że w swoich opowiadaniach zawarta jest część jej życia. Jestem zauroczona jej piórem, jest to poczatek mojej drogi z twórczością Pani Romy i cieszę się że ją odkryłam. Pozdrawiam.zyd

Dodaj komentarz

Twój mail będzie nie widoczny.