Środa, 20 Listopada 2019 - Anatola, Sedzimira, Rafala

Sarcast: „Teraz nikt nie jest w stanie nas złamać”

Jak piszę o sobie muzycy, Sarcast to projekt, który zrodził się na Kaszubach. Fundamentem grupy jest duet tworzony przez Łukasza Sowińskiego (teksty i wokal) oraz Michała Lange (produkcja muzyczna i wokal). Styl muzyczny Sarcast definiuje połączenie brzmień elektronicznych z hiphopowym groovem i tekstami, które uniwersalne wartości zamykają w przystępnej, łatwo przyswajalnej formie. Artyści opowiedzieli nam o trudnych początkach zespołu.

Muszę zadać to pytanie, jak powstał Sarcast?

Łukasz: Jest dużo wątków, tyle rzeczy się działo po drodze, że nie zamkniemy tego pytania w ciągu godziny...

A w dużym skrócie?

Łukasz: Zabrałem się za rap, gdzieś koło roku 2001. Stworzyliśmy "kanciapę do nagrywania" z Bartkiem. Przystosowaliśmy jedno pomieszczenie na mini studyjko. Miałem gotowy materiał i chciałem go zagrać z instrumentami. Michał grał wtedy z chłopakami w takim bluesowym bandzie „Mojo Hands”. Poprosiłem ich o współpracę na dwa tygodnie przed koncertem, zagraliśmy cztery próby i wyszło super. Po występie stwierdziliśmy, że udało się świetnie i że chcemy dalej współpracować. Od tej pory pracowaliśmy w piątkę.

Michał: Chodziłem do szkoły muzycznej, grałem na fortepianie i już od czwartej klasy zacząłem działać. Występowałem w Centrum Kultury, śpiewałem w Chórze Kakofonia, zespołach szkolnych. To wszystko ewoluowało w band „Mojo Hands”. Później poznałem Łukasza i stworzyliśmy ten nasz bluesowo – hiphopowy kolektyw.

Początki nie były kolorowe. Zostawiliście rodziny, zrezygnowaliście ze studiów i pojechaliście do Katowic nagrywać materiał. Jak trafiliście pod skrzydła wytwórni?

Łukasz: Dla mnie to jest historia życia. Mimo, że od strony emocjonalnej, ten czas był bardzo ciężki. Każdy z nas mocno przeżywał te 10 miesięcy. Rozłąka od rodziny i wszystkiego co działo się w domu, na dużą odległość, a do tego przed nami była wielka niewiadoma. Na miejscu zostaliśmy rzuceni w wir pracy, ale niczego nam nie brakowało. Nie chcemy opowiadać wszystkich szczegółów, bo jest to dla nas historia bardzo wartościowa i nadaje się na książkę (śmiech). Ważne jest to, że przez 10 miesięcy pracowaliśmy w Katowicach dla, jak teraz można powiedzieć, pseudo-wytwórni.

Ale jak znaleźliście się w Katowicach? Gdzie was zauważono?

Łukasz: To był chyba rok 2009, albo 2010. Pojechaliśmy do Krakowa na festiwal „DachOOFka”. Stamtąd udaliśmy się na jeszcze jeden festiwal, do Dąbrowy Górniczej. Na obu poszło nam całkiem dobrze: Na „DachOOFce” zajęliśmy drugie miejsce, za innowacyjność w muzyce. W Dąbrowie Górniczej dostaliśmy wyróżnienie i mogliśmy nagrać demo. Po nagraniach wróciliśmy do domu i właśnie wtedy zainteresowała się nami wytwórnia z Katowic. Szukali zespołu, który nagra dla nich muzykę do planowanego filmu, o tematyce muzycznej. Zorganizowaliśmy więc koncert, specjalnie dla przedstawicieli wytwórni. No i dostaliśmy tydzień, na przemyślenie propozycji. Albo widzimy się w Katowicach, albo nie ma o czym gadać.

Pojawiły się jakieś dylematy, czy od razu przyjęliście ofertę?

Michał: Chłopaki z „Mojo Hands” mieli na głowie szkoły, ja zacząłem studia – dostałem się na Jazz na Akademii Muzycznej w Gdańsku. Masa ludzi na jedno miejsce, straszne egzaminy wstępne, generalnie duży przesiew. Bardzo się cieszyłem, że się dostałem. Udało mi się uzyskać indywidualny tryb nauczania, więc wyjazd do Katowic nie był dla mnie postawieniem wszystkiego na jedną kartę. U reszty chłopaków nie było półśrodków, jeden z nich pisał maturę rok później, inny zrezygnował ze studiów (też na Akademii Muzycznej). Po powrocie trzeba było nadrabiać te zaległości i budować wszystko od nowa. Ale czuliśmy, że jest po co ryzykować.

Łukasz: Ja zdawałem sobie sprawę, że czeka mnie dłuższa rozmowa z żoną. Mam kochaną kobietę, ku mojemu zaskoczeniu powiedziała, że nie chce mieć smutnego faceta w domu, woli żebym się spełniał w Katowicach i wracał szczęśliwy. Oprócz rozłąki z żoną i dziećmi musiałem też rzucić pracę.

Michał: Mieliśmy apartament, wyżywienie, dwie służbowe fury, salkę prób wyposażoną w sprzęt, studio, mogliśmy korzystać z tego wszystkiego kiedy tylko chcieliśmy. Ale z dnia na dzień, wytwórnia się wycofała, a my zostaliśmy z niczym. Bez materiału, nad którym pracowaliśmy przez ostatnie 10 miesięcy. Do tego umowa była tak skonstruowana, że nie mogliśmy założyć żadnej działalności, bo mogłaby być potraktowana jako przedsięwzięcie konkurencyjne.

Jak to się stało, że po takim zawodzie nie załamaliście się i postanowiliście dalej tworzyć muzykę?

Michał: Dzięki pomocy prawnej wyplątaliśmy się z niekorzystnej umowy. Formalności trwały pół roku. I tak, przez trzy lata po powrocie nie mogliśmy podjąć żadnej działalności muzycznej, nawet z innymi zespołami. Postanowiliśmy się nie poddawać, bo nigdy nie wiadomo kiedy przychodzi twoje pięć minut. Myślałem wtedy, że może byliśmy właśnie krok od celu i zawrócenie ze ścieżki muzycznej nie wchodzi w grę. W Katowicach poczułem też, że mamy duże możliwości jako zespół.

Łukasz: Chyba mam w sobie pasję. Nie wyobrażam sobie życia bez muzyki. Oprócz niej mam w życiu tylko rodzinę. Rezygnacja nie wchodziła w grę.

Po tych doświadczeniach zostaliście we dwóch? Co stało się z resztą członków zespołu?

Michał: Po powrocie z Katowic chłopaki nie chwytali za instrumenty, chyba przez pół roku. Co nie oznacza, że teraz nie grają – ciągle współpracuję z niektórymi z nich. Wydaje mi się że spotkała ich trauma po nieudanym wyjeździe. Niektórzy próbują raz i jak się nie uda to się poddają. Każdy z nich znalazł sobie zawód, w którym się spełnia, wybrali po prostu inną drogę. Muzyką zajmują się czysto hobbystycznie. Ja tak nie potrafię. Lubię się angażować w 100 procentach. Nie potrafię się rozdrabniać.

Łukasz: Chłopaków mógł pokonać ten ciężar i brak kontaktu. My z Michałem dalej się spotykaliśmy, wytłumaczyliśmy sobie pewne sprawy. Nauczyliśmy się odbierać „wycieczkę” do Katowic jako doświadczenie życiowe, a nie porażkę. To ma taką wartość, że teraz nikt nie jest w stanie nas złamać. Poza tym wiemy jak wygląda branża, co robić, gdzie i do kogo uderzać.

Przejdźmy do samej płyty. Jak ze swoimi tekstami przebijacie się przez obecny mainstream, czyli szeroko pojętą muzykę pop?

„Zanim upłynie czas, nie będzie już co brać
Zanim staniemy się legendą zgasną światła miast
Musimy spać, musimy śnić
By nikt nie wmówił nam jak mamy dalej żyć
Zedrzyjmy w gardle głos, rozbijmy czyste szkła
Zanim umrzemy tu za przepych i te grzechy w nas
Tak trudno uwierzyć, że nie będziemy wieczni”

Michał: Mogę się założyć, że gdyby nasze teksty były mniej skomplikowane, to docieralibyśmy do szerszego grona słuchaczy, a słupki wyświetleń pod utworami byłyby wyższe. Łukasz pisze teksty, ale mam wrażenie że obaj tak patrzymy na życie i wyrażamy się artystycznie. W taki sposób rozmawiamy, o planach, marzeniach, wartościach.

Łukasz: To nie tak, że jesteśmy jacyś mega poważni, czy sztywni. Rozmawiamy też o życiu codziennym, żartujemy. Żart ma wiele twarzy, nasze wewnętrzne poczucie humoru nam odpowiada. Duży wpływ na to jak rozmawiamy, ma też różnica wieku między nami (Michał ma 26 lat, a Łukasz 37). Ja uczę się od nich energii, podchodzenia do wielu spraw „ze świeżą głową”. Myślę, że to widać w naszych tekstach.

Michał: Staramy się opowiadać o uniwersalnych wartościach, przeżyciach. Znaleźliśmy wspólny język, którym chcemy rozmawiać ze słuchaczami, właśnie przez nasze teksty.

Łukasz: Poza tym moje życie wygląda tak jak wygląda. Pracuję cały dzień, potem tworzymy muzykę, albo siedzę z rodziną. Nie imprezuję, więc nie mógłbym pisać o tym tekstów. Na płycie „Syn Słońca” nie ma jednego przesłania. Jeśli ktoś się wsłucha, może odebrać płytę wielopłaszczyznowo. Na pewno jednym z częściej poruszanych wątków jest to, że ludzie czują się samotni – w tym co robią, jak przechodzą przez swoje życie. Czują się niedocenieni, niezrozumiani. Chcę przekazać, że wcale nie jesteśmy tacy samotni jak nam się wydaje. Drugim przesłaniem jest to, że trzeba walczyć do samego końca i nigdy się nie poddawać. Są siły, które chcą sprowadzić nas w dół, a jesteśmy na tym świecie po to, żeby się nie dać i żyć.

Wróćmy na lokalne podwórko, z waszego doświadczenia – czy Kartuzy stwarzają warunki do rozwoju dla młodych, kreatywnych ludzi? Jest gdzie rozwijać pasje, czy trzeba uciekać do większego miasta?

Michał: Dla chcącego nic trudnego. Nie można szukać winy we wszystkim i wszystkich wokół. Ja muzycznie rozwinąłem się tylko w Kartuzach. Centrum Kultury jest zawsze otwarte dla zespołów. Są ludzie, którzy opiekują się młodymi artystami, naprowadzają ich na właściwy tor. Jeśli tylko ktoś chce, ma stworzone odpowiednie warunki. Z drugiej strony może zniechęcać mentalność co poniektórych na Kaszubach - wciąż można w niej wyczuć głęboko zakorzeniony układ patriarchalny. Stąd podejście - jeśli nie pracujesz na etacie i nie robisz czegoś, co daje realne korzyści majątkowe, nie przynosi natychmiastowych efektów, to nie jesteś akceptowany. To może być jakąś blokadą, bo trzeba mieć przeciwko temu dużą dawkę samozaparcia.

Łukasz: Jest Dom Kultury, Dom Rzemiosła, świetna scena i wiele innych miejsc, gdzie można tworzyć muzykę zupełnie za darmo. Wielu dobrych ludzi wspiera artystów w naszym mieście. To jest właśnie piękne na Kaszubach.

Profil Sarcast na facebooku.
2016-01-15 11:30 1364

Komentarze

~Blue_

3mam kciuki za chłopaków. Robicie naprawdę świetną muzykę, a płyty nie mogę przestać słuchać. Ostatni duet z Kartky też nie przestaje szaleć w głośnikach :)

Dodaj komentarz

Twój mail będzie nie widoczny.