Poniedziałek, 28 Maja 2018 - Jaromira, Justa, Justyny

[WYWIAD] Janusz Legut: „Boję się konformizmu. Nie chcę, żeby liczyło się tylko wchodzenie wyżej po drabince”

Dr Janusz Legut to lekarz związany z Kaszubami od lat pięćdziesiątych. Budował i rozbudowywał Gminny Ośrodek Zdrowia w Przodkowie i przez lata działał społecznie w regionie. Rozmawialiśmy o historii gminy oraz kondycji naszej służby zdrowia.

W latach 50 przeprowadzka z dużego miasta na wieś była raczej mało popularna. Jak to się stało, że trafił Pan do Przodkowa?

- Uciekłem na wieś z kilku powodów. Po pierwsze łatwiej było uniknąć wojska. Drugim powodem była praca. Z ośrodków zdrowia w gminach usuwano felczerów – rozporządzeniem ministra, w gminnych ośrodkach musiał przyjmować lekarz. Mój kolega ze studiów był felczerem w Baninie. Zwolniło się miejsce, a ja w 1959 roku zacząłem pracę na Kaszubach. W Baninie obsługiwałem bardzo duży rejon, od Matarni, przez Barniewice, Nowy Świat, aż po Kłosówko. Dalej jeździłem na wolontariat do profesora Kieturakisa do Gdańska, gdzie zacząłem specjalizację z chirurgii. Kiedy w Kartuzach wybudowano nowy szpital, zapytano mnie, czy nie chcę leczyć w Przodkowie, a dodatkowo przejść do Kartuz kontynuować specjalizację z chirurgii, gdzie objęła ordynaturę doktor Polak od profesora Kieturakisa. Tak to się zaczęło.

Czyli Przodkowo stało się Pana nowym domem trochę z przypadku. Jak wieś wyglądała w latach sześćdziesiątych?

- Zacząłem pracować w gminie – i to bardzo dosłownie. Było to małe pomieszczenie w budynku Urzędu Gminy. Dwa gabineciki po 15 m². Bez bieżącej wody, z pedałową umywalką. Wodę trzeba było przynosić ze studni. Warunki były bardzo siermiężne.

Ten stan rzeczy zmotywował Pana do działania?

- Na pewno. Trochę tych inicjatyw było. Wodociągi, poprzez budowę ośrodka zdrowia, kanalizację. Potem rozbudowywaliśmy ośrodek, powiększył się rejon i liczba pacjentów. Kilka rzeczy udało nam się w Przodkowie zmienić na lepsze.

Przy tak rozległym terenie nie było problemów z dojazdem do chorych, kiedy sytuacja wymagała wizyty w domu?

- Jeździłem kiedy się dało i na czym się dało. Pewnego razu pacjent namówił mnie zimą, żeby pojechać do Pomieczyna. No i musiałem jechać na koniu, innego środka transportu nie było. Jechałem trochę drogami, trochę polami, ale trzeba było uważać. Kiedy koń ma śnieg powyżej kolan, to nie przejedzie, bo nie podnosi nóg tak wysoko. „Zaparkowałem” w Załężu, dalej trzeba było iść pieszo.

Czy realizując różne pomysły natrafił Pan na niechęć urzędników albo mieszkańców? Może jakieś inne przeszkody?

- Przeszkodą była nieświadomość. Największym problemem było wybudowanie oczyszczalni ścieków. Ludzie absolutnie nie rozumieli, co to jest środowisko. Mówili „A po co nam to? Lepiej wylewać na pole”. Wynikało to z niskiej świadomości. Ogólnie niechęci do zmian było naprawdę niewiele. Od początku cieszyłem się zaufaniem mieszkańców, którzy chętnie pomagali rozbudowywać miejscowość. Nawet ówczesne władze w tych latach były bardzo przyjazne. No, nie licząc jednego wójta, który był złośliwy i blokował moje inicjatywy.

Nie wyobrażam sobie takich społecznych akcji w dzisiejszych czasach. Czy kiedyś było mniej biurokracji? Łatwiej było coś zadziałać?

- Wydaje mi się, że udało nam się zbudować ośrodek, bo nie było perspektywy na jego powstanie w ciągu najbliższych 10 lat. Ludzi zmotywował brak innych możliwości. Musieliśmy wziąć sprawy w swoje ręce. W regionie pierwsze w kolejce było Żukowo. Tam też borykano się z brakiem właściwych warunków do przyjmowania pacjentów. Nie zanosiło się na przychodnię dla Przodkowa. Zacząłem więc rozmawiać z pacjentami – czy chcieliby się włączyć w tworzenie ośrodka. Gmina też postanowiła pomóc. Dostałem działkę, którą przekazałem pod budowę, od pani Petronelli Pipka, która była bezdzietną wdową. Mieszkańcy zadeklarowali pracę w tzw. czynie społecznym. W okresie PRL-u działało to tak, że jeśli ludzie pokryli 50% kosztów, to państwo musiało dołożyć drugą połowę. No i się zaczęło. Jeździłem po wsiach i rozmawiałem z ludźmi. Mówiłem, że mamy działkę, mamy część pieniędzy. Jeśli dana osoba zgadzała się, żeby w czasie wolnym pomóc przy budowie kilka razy w roku, to nam to w zupełności wystarczy, żeby ośrodek powstał. No i się zgadzali.

Właśnie za to podziwiam Kaszubów. Nie są od razu ufni, nie chcą się otworzyć przy pierwszym spotkaniu. Ale jeśli już kogoś poznają, dowiedzą się że jest uczciwy, pomocny, to nabierają zaufania i tworzą serdeczne relacje. Potrafią pomagać i włączać się w inicjatywy.

Wróćmy do współczesności, muszę spytać o Pańskie zdanie na temat kondycji naszej służby zdrowia. Co można zmienić, żeby leczyło się skuteczniej?

- Przede wszystkim należy położyć nacisk na lekarzy pierwszego kontaktu. Dobry lekarz rodzinny powinien skupiać wszystkie nici. Tak jak w teatrze kukiełkowym, gdzie aktor pociąga za wszystkie sznurki. Z każdym problemem powinno się chodzić do jednego lekarza, który zna pacjenta, jego rodzinę, otoczenie i historię choroby. Ja często rozpoznawałem po oczach, że coś się dzieje z drugim człowiekiem. Wtedy zaczynałem szukać przyczyny. Zmieniała się fizjonomia pacjenta, nagle zapadły mu się oczy, usta zaczęły wysychać, albo zmienił się kolor uszu. To właśnie lekarz rodzinny powinien kierować pacjentów do specjalistów, ale dopiero po dokładnym przebadaniu! Niestety często zdarza się, że chory jest wysyłany np. do laryngologa, a nikt wcześniej nawet nie zajrzał mu do ucha. Na zachodzie taka praktyka jest nie do pomyślenia, lekarz po prostu by się skompromitował.

Nie rozumiem też braku centralnego systemu rejestracyjnego. Tym bardziej w dobie internetu i serwisów społecznościowych. Wszystkie aplikacje zbierają dane użytkowników, a służba zdrowia nie może sobie z tym poradzić. Mamy podobno w Polsce doskonałych informatyków. Proszę sobie wyobrazić o ile łatwiej byłoby leczyć pacjenta, znając jego pełną historię. Poza tym postęp w medycynie jest szalony, koszty leczenie wciąż rosną, a wydatki na służbę zdrowia są nieproporcjonalnie niskie. Pod tym względem jesteśmy daleko za Rumunią. Ludzkie życie i zdrowie powinny być priorytetem.

Czy według Pana lekarze stracili poczucie misji? Podchodzą do leczenia pacjentów jak do rutynowego obowiązku? Jest taka opinia, że lekarz pierwszego kontaktu zadaje pytanie „jak się pan / pani czuje”, wypisuje receptę i puszcza chorego do domu.

- Społeczeństwo na pewno się zmienia. Młodzież jest zapatrzona w ekrany swoich smartphonów, ludzie starsi w telewizory. Brakuje rozmów między sąsiadami, odwiedzin. Relacja lekarza rodzinnego z pacjentami też się oziębiła, takie mamy czasy. Dalej jednak są w zawodzie ludzie z pasją i szczerą chęcią niesienia pomocy drugiemu człowiekowi. Zawód lekarza wymaga po prostu empatii do ludzi.

W żadnym wypadku nie chcę krytykować lekarzy. W każdym zawodzie są ludzie z powołaniem i tacy, którzy pracują tylko dla kasy i nic innego ich nie interesuje. Z drugiej strony nie ma się co dziwić młodym lekarzom. Poświęceniem i szczerymi chęciami nie zapłacą rachunków. Jak mają być mili dla chorych po kilkunastu godzinach pracy na dobę, skoro za pensję nie są w stanie zabezpieczyć swoich podstawowych potrzeb? Jak za 3000 zł po długich i kosztownych studiach, założyć rodzinę, kupić mieszkanie, samochód – żeby dojeżdżać do jednej, drugiej, czasem trzeciej i czwartej pracy? Boję się, że specjaliści będą wyjeżdżać leczyć za granicę jeszcze częściej niż teraz. Nasz system nie stwarza po prostu warunków dla uczciwie pracujących ludzi. Jeżeli młody człowiek się wysila i daje z siebie wszystko, to państwo powinno mu zagwarantować pensję na dobrym poziomie. To motywuje do działania. Boję się konformizmu. Nie chcę, żeby liczyło się tylko wchodzenie wyżej po drabince i podlizywanie się szefowi. Człowiek powinien chcieć pracować i widzieć w tym sens.

Życie to nie tylko praca. Czy lekarz ma w ogóle czas wolny?

- Zawsze starałem się żyć aktywnie, wykorzystywać urlopy na różne aktywności. Działałem w chórze, całe życie jeździłem na nartach. Trzymanie się tylko pracy, bez myślenia o wypoczynku nie jest zdrowe. Uważam, że dużo się traci, jeśli nie ma się alternatywnego hobby. Nawet w sytuacji, w której praca jest jednocześnie naszą największą pasją. Do dzisiaj nie potrafię usiedzieć na miejscu.
2016-08-08 11:15 1358

Komentarze

~Kaszebka

Belny czlowiek!

~Veranka

Fantastyczny pragmatyk..Czy mogłabym dostać mail do dr. J.Leguta

~Kartuzjanka

Super! I takie wywiady chcemy czytać w Gazecie. Brawo !

Dodaj komentarz

Twój mail będzie nie widoczny.