Wtorek, 02 Marca 2021 - Heleny, Halszki, Pawla

[WYWIAD] Tomasz „Tallib” Słota: Ludzie mówią „fajna muza, ale mógłbyś zmienić ksywę”

Jak pisze o sobie sam artysta, Tallib to jednoosobowa, niesformalizowana organizacja planująca muzyczne przejęcie władzy w kraju i wprowadzenie nowego ustroju opartego na miłości, przyjaźni i szacunku do bliźniego. Przed koncertem Talliba na ChillOut Feście w Chmielnie udało nam się porozmawiać o życiu, jego ksywie i muzycznych planach.

Bycie synem Jerzego Słoty z zespołu VOX pomogło Ci jakoś muzycznie? Czy była to po prostu duża presja?

- Mój ojciec był wokalistą, całe życie przyglądałem się jego pracy. Jak ćwiczy, komponuje, gra koncerty. Imponowało mi to na tyle, że sam w pewnym momencie zachciałem grać. Ojciec pomagał mi na początku drogi muzycznej. Cieszę się, że mogłem od niego dostać jakieś rady, lekcje. Później zacząłem sam tworzyć muzykę. Nie miałem ciśnienia, żeby mu dorównać albo przeskoczyć jego poziom. Od 12 lat sam prowadzę swoją karierę i jest to zupełnie niezależne od nazwiska. Jestem z tego dumny, mam nadzieję że on też. Po prostu zdrowa inspiracja.

Czy nie ciąży Ci pseudonim artystyczny Tallib? Nie każdy wie, że to "uczeń" z języka arabskiego. W dzisiejszych czasach pełnych strachu przed obcokrajowcami "Tallib" brzmi dość niefortunnie.

- Słowo „Talib” rzeczywiście nie kojarzy się zbyt dobrze. W dosłownym tłumaczeniu znaczy po prostu „uczeń”. Od tego wszystko wyszło. Jeszcze w czasach liceum, w grupie znajomych ktoś mnie tak przezwał. No i ksywka zaczęła do mnie przyrastać. Zrośliśmy się tak mocno, że pseudonim wszedł ze mną na scenę. To prawda, że w obecnych czasach nie jest to trafiony pseudonim artystyczny. Jednak jeśli ktoś ma wątpliwości – zapraszam do sprawdzenia mojej twórczości. To, o czym piszę i śpiewam, nie ma nic wspólnego z niczym negatywnym.

Przez wiele lat działalności artystycznej nie odczuwałem żadnych problemów związanych z pseudonimem „Tallib”. Od jakiegoś roku zauważyłem natężenie fali negatywnych skojarzeń. Ludzie zwracają na to uwagę, czasem mówią „fajna muza, ale mógłbyś zmienić ksywę”. Zaczynam o tym coraz poważniej myśleć. Ciągle rozwijam się jako artysta, a „Tallib” towarzyszy mi od 12 lat. Może to właśnie dobry czas, żeby wymyślić sobie jakieś alter-ego. Moi fani wiedzą jak mam na imię i nazwisko, myślę że nie przestaną mnie słuchać, jeśli wydam płytę jako Tomasz Słota.

Śpiewasz o miłości, pokoju, szczęściu – na co dzień też jesteś takim pozytywnym facetem? Czy zdarza Ci się dać komuś w zęby?

- Jestem raczej pozytywnie nastawiony do życia. Piszę o tym, co mnie inspiruje, czego mi brakuje w życiu, czego brakuje otaczającym mnie ludziom. Życie to miłość, więc rzeczywiście sporo jest tych piosenek o miłości. Na co dzień bywam różny, ale dawno nie miałem z nikim zwady. Nadmiar energii rozładowuję w sportach ekstremalnych. Jeżdżę na snowboardzie, longboardzie, enduro, desce, rowerze i rolkach. Adrenalina, która wydziela się podczas uprawiania takich sportów jest czymś niesamowitym. To bardzo pozytywna energia dla organizmu, dla ciała i ducha.

Kiedy słyszę reggae od razu myślę o takich artystach jak Bob Marley, Peter Tosh i co za tym idzie o marihuanie. Jesteś za legalizacją?

- Sankcje nakładane na Polaków spożywających, czy uprawiających marihuanę są zbyt wysokie. Na pewno nieproporcjonalne do szkód, które ta używka powoduje. Nie powiem, że nigdy nie spróbowałem marihuany, zdarza mi się zapalić. Na pewno rzadziej piję wysokoprocentowy alkohol. Wydaje mi się, że zbyt młodzi ludzie nie powinni mieć dostępu do marihuany. Powinno to być regulowane prawnie. Lata więzienia za roślinę na własny użytek, czy posiadanie jointa to jakaś kpina. Resocjalizacja w Polsce stoi na bardzo niskim poziomie. Dzieciakom, które wpadły z jointem nieodwracalnie niszczy się psychikę i często całe życie. Podsumowując, nie jestem ani przeciwnikiem, ani zwolennikiem legalizacji marihuany, ale z pewnością prawo powinno inaczej to wszystko regulować. Przepisy są obecnie niedorzeczne.

Dzisiaj Chillout Fest w Chmielnie, jutro Warszawa. Wolisz grać w małych, czy dużych miejscowościach? Koncerty dla małej publiki czymś się różnią?

- Małe miejscowości częściej mają w sobie dużo energii i mniej zblazowania. Ludzie są chętni do zabawy i głodni koncertów, widowiska. Czerpią energię ze sceny garściami. Na pewno koncertowanie w małych miejscowościach niczym nie odstaje od dużych miast.

Na zakończenie muszę spytać o Twoje muzyczne marzenia i najbliższe cele.

- Grać koncerty, docierać do jak największej liczby osób. Cały czas tworzę muzykę, piszę, śpiewam. Ostatnią płytę wydałem w zeszłym roku, więc cały czas jestem w tym okresie „po wydaniu albumu”. Jeszcze gram ten materiał, nie wszędzie z nim dotarłem, więc jest jeszcze czas żeby to zmienić. Jeśli chodzi o plany, to wydawać kolejne single, inspirować się różnymi rodzajami muzyki i docierać do ludzi ze swoją wibracją.


Źródło: Foto: Michał Konkol Fotografia
2016-08-09 09:30 1364

Komentarze

Ten materiał nie ma jeszcze komentarzy

Dodaj komentarz

Twój mail będzie nie widoczny.